KomentatorAutor Mateusz
Mateusz
subskrybuj autora
(subskrybuje: 2 osoby)

subskrybuj autora, jeśli chcesz otrzymywać informacje o jego nowych notatkach.

Wpisy:
Notatki 30 (+47/-0)
Komentarze 106 (+60/-0)
RSS RSS
Zarejestruj się

Raki wcale nie są czerwone!

Czyli nauka na żywo podczas połowu w Sewanie

Mamiony od dziecka obrazkami w książkach i kreskówkach, dałbym sobie rękę obciąć, że rak chodzi tyłem po dnie, szczypie szczypcami, ma długie wąsy, jest czerwony i żyje w przyjaźni z rybkami. Z tego wszystkiego prawdą okazało się tylko szczypanie i wąsy. Opowiem krótką historię przyjaznych rybaków, Armena i Grikora, którzy zgodzili się zabrać mnie na połów raków w największym jeziorze Armenii, Sewanie.

W ciągu dnia plaża wygląda na złomowisko starych łódek, strzeżone przez gromadkę pięciu zabawnych psów W ciągu dnia plaża wygląda na złomowisko starych łódek, strzeżone przez gromadkę pięciu zabawnych psów (M. Jabłoński)

Wiem, że przyjadą o 5 rano. Znając punktualność Gruzinów i Ormian, czuję, że może to być równie dobrze 7 rano, ale zależy mi i od 4:40 zajadam śniadanie – rybę z puszki, o ironio – wpatrując się w okno i oczekując świateł na drodze prowadzącej do małej plaży z kilkunastoma łodziami. Jak olbrzymie jest moje zdziwienie, gdy o 4:58 pierwszy samochód, wołga oczywiście, oświetlił zarośla. Wybiegłem jak poparzony, ale nie był to samochód moich kolegów, oni przyjechali po kilku minutach, dając mi cenny czas na założenie cieplejszej bluzy i kurtki.

O godzinie 5 na pozornie nieuczęszczanej drodze robi się gęsto O godzinie 5 na pozornie nieuczęszczanej drodze robi się gęsto (M. Jabłoński)

Przygotowanie łodzi zajmuje około 15 minut. Łódkę trzeba zwodować i wyposażyć – w zależności od planów na konkretny dzień – w sieci, kosze na raki, worki, puste butelki, kawałki tufu, potem zamontować motor i uzupełnić go paliwem. I wypalić papierosa, na jeziorze nie będzie na to zbyt wiele czasu.

Pierwsze łodzie wypływają gotowe do ciężkiej pracy Pierwsze łodzie wypływają gotowe do ciężkiej pracy (M. Jabłoński)

Pierwszym problemem jest nawigacja. Nikt nie używa tam odbiorników GPS czy chociaż kompasu. Płyniemy na azymut, na wybrane wzgórze, omijając ledwo widoczne, zwykle markowane naprędce złożonymi bojami z butelek po oleju napędowym lub słodkich napojach, sieci i spięte kosze do połowu raków.

Armen nawiguje na sobie tylko znany cel, wypatruje cudzych sieci i pokazuje Grikorowi gdzie płynąć Armen nawiguje na sobie tylko znany cel, wypatruje cudzych sieci i pokazuje Grikorowi gdzie płynąć (M. Jabłoński)

Armen i Grikor nie mają do mnie specjalnego zaufania, każą mi siedzieć w miejscu i wykonywać polecenia. Czuję, że trochę zawadzam. Do wywrócenia tak małej łódki wystarczy, że jedna osoba stanie zbyt blisko rufy. „Wypadnięcie z łódki w długich kaloszach i całym ubraniu – ostrzega mnie Armen – jest śmiertelnie niebezpieczne”. Woda ma minimalne zasolenie (mniejsze niż większość polski rzek) i jest bardzo czysta, praktycznie nie czuć wyporu, który znamy z morza czy inny jezior. Po kilkunastu minutach, kiedy motor jest już wyłączony, a ja czuję się coraz pewniej, pozwalają mi zastąpić się przy wiosłowaniu, a nawet wyciąganiu sieci z wody. Raki, na początku szczypiące i wywołujące u mnie lekkie zawahanie, teraz już pewnie ładuję do worków, nie przyglądając się każdemu z osobna.

Armen i Grikor nieprzydatne już artefakty wrzucają na dziób, chwila na oddech. Widoczna sieć i gotowa już boja. Armen i Grikor nieprzydatne już artefakty wrzucają na dziób, chwila na oddech. Widoczna sieć i gotowa już boja. (M. Jabłoński)

Chłopaków nieco irytuje moje zaciekawienie. Wypytuję o wszystko, wszystko z bliska chcę zobaczyć i sfotografować. Kiedy słońce wychodzi zza wzgórz okalających położony na 2000 m n.p.m. Sewan rzucam się do aparatu i fotografuję. Wtedy otwarcie śmieją się ze mnie, oni widują to kilkaset razy w roku, X od 6 lat, Y od 4. I będą widzieć przez kolejne kilkadziesiąt lat, jak wszyscy we wsi.

Długo wyczekiwany wschód słońca, pierwsze promienie ogrzewają przyjemnie twarz i skostniałe od zimnej wody dłonie Długo wyczekiwany wschód słońca, pierwsze promienie ogrzewają przyjemnie twarz i skostniałe od zimnej wody dłonie (M. Jabłoński)

Praca na jeziorze dzieli się na kilka etapów. Pierwszym jest umocowanie sieci – na dno zrzuca się przywiązany do sznurka kawałka tufu, najpopularniejszego kamienia i budulcu w okolicy, na powierzchni wody zostaje boja – butelka po oleju napędowym itp. Pomiędzy „boja” a „kotwicą” rozpięta jest sieć, głęboka na około 10 metrów, długa na kilkaset. Płynąc powoli na wiosłach, rozwija się taką sieć, na końcu mocując ją w omówiony już wcześniej sposób. W sieć zaplątują się ryby, a raki szybko przypływają (tak, raki są świetnymi pływakami) na darmowe jedzenie. W ten sposób łapią się w pułapkę.

Samo wyciąganie z wody czegokolwiek – sieci czy koszów – jest bardzo nieprzyjemne. Śmierdzi dużo bardziej niż w portach czy na kutrach rybackich na brzegu. W sieci oprócz żywych ryb i raków są ich truchła, często tylko części, glony i inne podwodne żyjątka. Uczucie fetoru potęguje głód i odwodnienie, ciężko najeść się o 4:30. Grikor był pod niemałym wrażeniem, że nie zwymiotowałem. Podobno to zupełnie normalne dla początkujących rybaków.

Złapane w sieć raki chowamy razem z siecią do worków; śmierdzi Złapane w sieć raki chowamy razem z siecią do worków; śmierdzi (M. Jabłoński)

Gdy w okolicy jest już dużo raków, nie pozostaje nic innego, jak wyłapać je podstępem. W tych samych miejscach zostawia się umocowane kosze z przynętą w środku (zwykle kawałkiem ryby). Raki do kosza wchodzą łatwo, ale wyjście jest niemożliwe. Same kosze wyglądają podobnie jak sprytne rozkładane półeczki z Ikei.

Dopływamy do brzegu, raczej zadowoleni z połowu. Śmiejemy się i klepiemy po ramieniu. 15 minut później Armen i Grikor podczas picia kawy staną się posępni, pokłócą się, trzasną drzwiami i pojadą bez pożegnania. Taka niestabilność emocjonalna jest bardzo typowa dla tego regionu. Dopływamy do brzegu, raczej zadowoleni z połowu. Śmiejemy się i klepiemy po ramieniu. 15 minut później Armen i Grikor podczas picia kawy staną się posępni, pokłócą się, trzasną drzwiami i pojadą bez pożegnania. Taka niestabilność emocjonalna jest bardzo typowa dla tego regionu. (M. Jabłoński)

W jednym koszu znajdziemy od 5 (bardzo słaby dzień i okolica) do 50 raków. Na linie jest kilkanaście koszy, rozłożonych co 2-3m. Każdy zespół zakłada kilka takich lin. Łatwo policzyć, że z jednego połowu można więc wyciągnąć nawet 3 tysiące raków. Niestety rybacy nie zarobią na tym kokosów, bo do ceny na bazarze czy w sklepie dochodzą przecież koszty transportu, marża dystrybutora czy restauratora oraz sprzedawcy. Armen i Grikor twierdzą, że dostają maksymalnie 25% ceny rynkowej. Trudno się z tym pogodzić, jeżeli kilogram raków na bazarze kupimy za 1000-1500 drahmów (8-12 zł). Duże pójdą do restauracji, sprzedawane na sztuki. Niebezpieczna, niewdzięczna i ciężka praca.

Mówi się o tym we wpisach (lub komentarzach do nich):


Ostatnio komentowane notatki autora:
07/05/2014 Mateusz

Geodeta

Co on właściwie robi?
3 komentarze, ostatni z 26/02/2018 od geodeta_slask
07/11/2014 Mateusz

Bielsko-Biała śladami ewangelików

2 komentarze, ostatni z 08/11/2014 od Mateusz
20/10/2014 Mateusz

Świątynia Wang w Karpaczu

2 komentarze, ostatni z 21/10/2014 od Mateusz