AutorWydawca IDB
Iwona D. Bartczak
subskrybuj autora
(subskrybuje: 6 osób)

subskrybuj autora, jeśli chcesz otrzymywać informacje o jego nowych notatkach.

Wpisy:
Notatki 84 (+125/-0)
Komentarze 90 (+60/-0)
RSS RSS
Zarejestruj się

Terpy

Czyli jak przejąć władzę nad wodą

Terpa to jest słowo-klucz, symbol, wytrych. Za pomocą tego słowa można spiąć większość składników historii Holendrów w Polsce. Ale ta opowieść ma nie tylko walor historycznej opowieści. Może być także mądrą inspiracją do myślenia o tym, jak gospodarować we współpracy z przyrodą. Holendrzy w Polsce uczynili bogatymi i kwitnącymi tereny, które wcześniej były bagienną, ciągle podtapianą, bezużyteczną i groźną dla ludzi krainą.

Warto też zastanowić się, kiedy siły nam przeciwne wciągnąć do pracy na naszą rzecz, a kiedy z nimi walczyć, odgradzając się od nich czy je niszcząc. W tej historii potencjalnie groźną lub korzystną rzeczą była wylewająca rzeka.

Gdzie te terpy są?

Holendrzy w Polsce Holendrzy w Polsce (IDB)
 

Na tej mapie na czerwono są zaznaczone obszary zasiedlane od 1530 roku przez osadników wywodzących się z Fryzji i Flandrii, który zostali ściągnięci na tereny polskie z bardzo prostej przyczyny – byli świetnymi gospodarzami i kapitalnie radzili sobie z osuszaniem terenów zalewanych okresowo lub stale przez wody rzek czy morza, jak to miało miejsce na Żuławach.

Jeżeli zbliżymy się tylko do Wisły, nawet na Mazowszu, to zaobserwujemy tą terpę. Czyli co? Były to sztuczne górki, usypywane w jednym celu – aby uchronić zabudowania przed występującą, dwa razy do roku, wodą z koryta rzeki. Jedne były wyższe, drugie były niższe. To wszystko zależało od charakterystyki danego terenu. Jeszcze 20-30 lat temu przypuszczano, że to kurhany. Oczywiście, to nie były kurhany. Nikt tam nikogo nie chował, nie było żadnych wojowników.

 

Przed wojną. Przed wojną. (IDB)

Lokalizacja  domu Olędrów (jak często ich nazywano) nie była przypadkowa. One zawsze były stawiane albo wzdłuż rzeki, częścią mieszkalną w górę koryta rzeki, albo prostopadle. Dlaczego tak robiono? Otóż, gdy następowała powódź, woda najpierw wlewała się na tereny zasiewów, wykorzystywania rolniczego i dopiero na końcu wchodziła do domu. Jak była niższa, nic się nie działo, dom był suchy. Jak była wyższa, wdzierała się do domu – najpierw do części mieszkalnej, później do obory, potem do stodoły. Jeśli postawiono by te zabudowania odwrotnie, to nieczystości przedostałyby się do części mieszkalnej. I byłby wielki kłopot. Natomiast w momencie, gdy od części mieszkalnej woda się przedzierała do części gospodarczej, wymywała je na zewnątrz budynku. Po funkcją sanitarną można tu dostrzec też funkcję gospodarczą i techniczną. Taki sposób zabudowy była zarazem swoistą, dobrze przemyślaną mechanizacją  nawożenia pól. Nawóz wymywany z obór woda niosła na pola, a jak woda opadła nawóz pozostawał na polach. A to co, co zostało na płotach, plecionych z gałęzi wierzby, to można było potem, w miarę potrzeby, rozrzucić na polu.

Te wzgórki też były specjalnie budowane. Czoło było umacniane gliną, bardzo często w koszach, kamieniami, ale również nasadzeniami. Od strony tego górnego nurtu rzeki najwcześniej był sad, czy też inne drzewa, potem drobne krzaki, np. porzeczek itd. Holendrzy zresztą mieli dużo odmian np. jabłoni, których  już na tych terenach nie ma, natomiast nasadzenia sadów zostały. Te bardzo stare drzewa są dzisiaj szczepione na nowe drzewa. Wierzby kojarzą się nam z Mazowszem, Szopenem, a tymczasem  wierzba była nierozerwalnie z krajobrazem holenderskim, wierzba i topola. Sadzono je, aby wodę z rzeki, która wylała, a płynęła gruntem, wyciągnąć z niego. Wierzba jest jak pompa wodna, ma niesłuchaną zdolność odparowywania wody poprzez liście. Gałęzie, które rosły bardzo szybko, odłamywano i pleciono z tego płoty.

Cała społeczności wsi, co było charakterystyczne dla Holendrów, pracowała wspólnie. Najpierw usypywano jeden wzgórek, potem budowano wspólnie drugi. Holendrzy byli ze sobą bardzo zżyci. Odpowiadali przed właścicielem gruntu tylko w jednym – w czynszu. To była rewolucja, jeśli chodzi o gospodarkę chłopską, którą oni tutaj przynieśli. Stąd nazwa „osadnictwo na prawie holenderskim”, czyli  jedyne obciążenie, jaki oni ponosili, to był czynsz – gotowizna z konkretnego, wykarczowanego czy zagospodarowanego, osuszonego terenu. Jedyna gotowizna, jaką płacili właścicielowi ziemi.

Wzgórek sypany był z ziemi, która byłapo wykopaniu rowów. Wzdłuż rzeki, w niewielkim od niej oddaleniu, kopano rowy, kopano stawy, gdzie woda mogła się gromadzić. Czyli robiono jednocześnie dwie czynności:  z jednej strony zabezpieczano dom, z drugiej osuszano teren. Pojawiały się miejsca, gdzie ta woda mogła się okresowo gromadzić. Dodatkowo sadzano wierzby wzdłuż dróg. W końcu wały. Holendrzy opierali się budowie wałów, ponieważ oni się wody nie bali. Oni nad tą wodą panowali. W momencie, kiedy była powódź, zwierzęta z gospodarstwa przeprowadzali po specjalnych konstrukcjach na strych i one sobie tam mogły przeczekać. Oczywiście, w momencie kiedy były duże powodzie, to był większy problem. Ale nie było takich zniszczeń, ponieważ nie było wysokich wałów. Te wysokie wały to jest 1947 rok.

Zbór mennonicki pod Płockiem Zbór mennonicki pod Płockiem (IDB)

Nie tylko domostwa, ale wszystkie budynki znaczące – tak jak ten zbór niedaleko Płocka i obok niego szkoła - były budowane na tych sztucznych wzniesieniach. Cmentarze również, chociaż nie zawsze, też wznoszono na tych sztucznych wzgórkach.

Dom holenderski na Saskiej Kępie w Warszawie Dom holenderski na Saskiej Kępie w Warszawie (IDB)

Ostatnia terpa w Warszawie i dom  jest na terenie Saskiej Kępy. Kiedyś tych domów było tam mnóstwo. Te terpy były likwidowane dopiero w okresie powojennym. Tutaj, w tym domu na ul. Walecznych mieszkają potomkowie osadników holenderskich sprowadzonych do Warszawy w 1624 roku.

Dom holenderski na Saskiej Kępie w Warszawie Dom holenderski na Saskiej Kępie w Warszawie (IDB)

 

Mówi się o tym we wpisach (lub komentarzach do nich):