Z wizytą na Kaukazie
8 osób
Moderatorzy:
    Agata Ola
Autorzy strony:
    Ola Mateusz Agata
Subskrybenci:
    bt Ola Agata Antisaina Grzania Mateusz Malgorzata blacknona

Ustawienia strony:

Widoczność: wszyscy
Publikować mogą: wszyscy
Moderacja: po publikacji
RSS RSS
Zarejestruj się

Targ w Wanadzor

Kawa, przyprawy i filiżanki

Wanadzor nie jest ciekawy miastem. Owszem, to trzecie co do wielkości miasto Armenii leży w przepięknej okolicy, w kotlinie Małego Kaukazu, i wyrasta na ponad 1300 metrów n.p.m. Otaczają je prawie 3-tysięczne góry. Niestety klimat jest mocno industrialny, w czasach sowieckich działało tu wiele fabryk – niektóre nadal są czynne. O dziwo powietrze jest czyste, mimo psujących widok parujących kominów. Do zobaczenia tu niewiele – ormiańska cerkiew niedaleko dworca kolejowego, otoczona małym cmentarzem z chaczkarami, prawosławna cerkiew, główna ulica Tigran Mets z całą masą fryzjerów (polecam, ceny i wykonanie genialne!). Dodatkowo Wanadzor to całkiem dobre miejsce wypadowe do podziwiania słynnych klasztorów kanionu Debed – niecała godzina jazdy marszrutką.

Kawa jest mielona na miejscu, do wyboru różne gatunki, w różnych cenach. Nawet ta tania (jak na polskie warunki) jest cudownie aromatyczna. Kawa jest mielona na miejscu, do wyboru różne gatunki, w różnych cenach. Nawet ta tania (jak na polskie warunki) jest cudownie aromatyczna. (Mateusz J.)

Po co tu zatem jechać, skoro zabytków praktycznie nie ma, a górskie krajobrazy psują fabryki? Otóż w Wanadzor jest jeden z najbardziej tętniących życiem targów w Armenii. W większości znajduje się na świeżym powietrzu, chociaż jest też hala – głownie z serami i mięsem. Pod niebem jest podział na część żywnościową i przemysłową. Handluje się warzywami, owocami (na czele z narodowym owocem kraju – morelą, która w tym roku była według lokalnych mieszkańców wyjątkowo droga), rybami i przyprawami, które mają tu swój specjalny sektor. Jest też oczywiście kawa, mielona na miejscu, bez której żaden prawdziwy Ormianin nie może wytrzymać nawet jednego dnia. Zapach na kawowych stoiskach jest niesamowity. W części przemysłowej jest wszystko, jak to na targu. Ja skusiłam się na przecudne filiżanki do ormańskiej kawy, w śmiesznie niskiej cenie. Można kupić co dusza zapragnie, a jedzenie jest świeżutkie i pyszne. Dodatkowo to zupełnie nieturystyczna miejscowość, więc człowiek nie czuje się jak na Wielkim Bazarze w Stambule. Ludzie są przyjaźni, zagadują, ale na ceny nadal lepiej uważać. To zasada na całym Kaukazie – kupujcie tylko tam, gdzie ceny są zapisane. Inaczej sprzedawca może trochę zawyżyć wasz rachunek, bo jeśli nie macie cech ormiańskiej urody, od razu będziecie wzięci za turystów, a więc ludzi z pieniędzmi.

Tabliczki są po ormiańsku, nie spotkałam się z rosyjskimi, nie mówiąc o angielskich. Zabawne jest więc kupowanie przypraw, które nie mają rosyjskich odpowiedników. Tabliczki są po ormiańsku, nie spotkałam się z rosyjskimi, nie mówiąc o angielskich. Zabawne jest więc kupowanie przypraw, które nie mają rosyjskich odpowiedników. (Mateusz J.)

Wanadzor jest niedaleko granicy z Gruzją, po drodze do Erwania. Nie zaszkodzi wyskoczyć z marszrutki, zaopatrzyć się w aromatyczne przyprawy i świetną kawę. Lepiej mieć ze sobą coś od deszczu, bo miasto jest znane z kiepskiej pogody. I coś w tym jest – piękne słońce w reszcie kraju, a w Wanadzor deszcz. Wtedy zakupy na odkrytym targu zamieniają się w lawirowanie po błotnistych ścieżkach. 

Notatki o podobnych miejscach: